Mam ostatnio trudny czas.
W głowie jakaś pustka, pisanie nie wychodzi i właściwie nic nie wychodzi. Wszechświat zaś najwyraźniej postanowił zadbać o to, żebym nie przeoczyła tego stanu rzeczy. Podsyła mi rozmaite sygnały, które mają potwierdzać, że dobrze, wystarczy, limit szczęścia i powodzenia na ten rok został już wyczerpany. Proszę się rozejść, dalszych dostaw nie przewiduje się.
W takich okolicznościach postanowiłam zrobić tort. Bez okazji. Nie pytajcie mnie dlaczego. Być może jakaś część mojego mózgu uznała, że skoro życie nie chce współpracować, to przynajmniej krem i biszkopt powinny. A może chciałam zrobić coś dobrego. Albo zwyczajnie straciłam kontakt z rzeczywistością.
W każdym razie wybrałam starą rodzinną recepturę. Czekoladowe ciasto, krem na bazie kaszy manny z aromatem migdałowym. Żadnych cukierniczych nowinek, żadnych eksperymentów z yuzu i pistacją. Stary, dobry tort, który powinien wiedzieć, jak się zachować.
I wtedy do kuchni wszedł szwedzki kucharz z Muppetów.
Pamiętacie go? Tego z wąsami, który gotował z entuzjazmem człowieka nieznającego ani jednego przepisu, za to doskonale obeznanego z chaosem. Tego, u którego kuchenne czynności nieodmiennie kończyły się katastrofą, a mimo to nikt nie był w stanie odmówić mu pewnego rodzaju uroku.
Otóż moje wczorajsze pieczenie wyglądało mniej więcej tak.
Zaczęło się niewinnie. Zrobiłam tort w mniejszej foremce niż zwykle. Mniejsza średnica, za to większa wysokość. W teorii wszystko się zgadzało. W praktyce tort zaczął się rozjeżdżać pod ciężarem kremu.
Na tym etapie należało zapewne przewidzieć konsekwencje. Niestety, nie jestem człowiekiem, który w obliczu katastrofy cukierniczej natychmiast wyciąga właściwe wnioski. Jestem człowiekiem, który dokłada kolejną warstwę.
W końcu położyłam ostatni krążek ciasta. I wtedy okazało się, że jest znacznie mniejszy niż wszystko, co znajduje się poniżej. Nie wiem, czy to ja popełniłam błąd, czy tort postanowił wyrazić sprzeciw wobec dalszej współpracy. Wiem tylko, że przez chwilę patrzyłam na to dzieło z rosnącym niedowierzaniem.
A potem wpadłam na pomysł.
Wzięłam rant cukierniczy i wcisnęłam go w tort. Tak po prostu.
I pomogło.
Tort odzyskał pożądany kształt. Przynajmniej z grubsza. Pion trzyma idealnie, poziom pozostawia nieco do życzenia, bo z jednej strony ma wyraźny spadek. Ale pion jest idealny, co uważam za istotny sukces konstrukcyjny.
Obecnie tort tężeje w lodówce. Czeka go jeszcze dekorowanie, a potem najważniejszy etap całego przedsięwzięcia: przekrojenie i ustalenie, co właściwie wydarzyło się w środku. Na razie nie wiem, czy go uratowałam, czy tylko skutecznie ukryłam dowody.
Zamierzam jednak udekorować go w duchu szwedzkiego kucharza. Bez zbędnego perfekcjonizmu, z rozmachem i zaufaniem do przypadku. Jeśli coś pójdzie nie tak, będę twierdzić, że tak właśnie miało być. Współczesne cukiernictwo eksperymentalne. Skandynawska szkoła chaosu. Interpretacja autorska.
Nie chcę przesadzać z głębokimi refleksjami. To w końcu tylko tort, nie kryzys egzystencjalny w polewie czekoladowej. Ale kiedy ma się trudniejszy czas, człowiek potrafi potraktować każdą drobną porażkę jak kolejny dowód na to, że nic mu nie wychodzi. Nawet jeśli chodzi o ciasto. Zwłaszcza jeśli chodzi o ciasto, bo przecież miało być czymś prostym i przyjemnym. Czymś, co po prostu się uda.
Na szczęście mam przy sobie ludzi, którzy nawet w obliczu cukierniczej katastrofy powiedzą, że tort jest wybitny i takiego jeszcze nie jedli. Tego przynajmniej mogę być pewna, niezależnie od efektu końcowego.







Witaj! Twoja opinia jest ważna.