Nie wiem, co mnie ostatnio napadło z tymi bajkami. Człowiek jest dorosły, powinien interesować się oprocentowaniem kredytów, stanem swoich stawów kolanowych, tym, czy pomidor w lodówce jeszcze się nadaje, a tu nagle zaczyna rozmyślać o Kopciuszku.
Czyżbym dziecinniała na stare lata?
Skoro jednak ten Kopciuszek tak się za mną ostatnio snuje, może warto mu się przyjrzeć?
Kopciuszek, jak wiadomo, nie miał łatwego życia. Macocha, dwie przyrodnie siostry, mnóstwo obowiązków i żadnej perspektywy na to, że ktoś zapyta go, czy może jednak chciałby dzisiaj odpocząć.
A potem pojawiła się wróżka. Była suknia, pantofelki, karoca i oczywiście był bal.
No i książę.
Kopciuszek zatańczył z księciem, książę się zachwycił, Kopciuszek zgubił pantofelek, książę ruszył na poszukiwania i po kilku perypetiach wszystko skończyło się tak, jak powinno kończyć się w bajce. Żyli długo i szczęśliwie.
Kiedy byłam dzieckiem, przyjmowałam to bez żadnych pytań. Przecież tak właśnie działały bajki. Dziewczyna miała źle, potem pojawiał się książę i robiło się dobrze. Podobnie było ze Śpiącą Królewną i Królewną Śnieżką. Bohaterka cierpiała, czekała, a gdzieś na końcu opowieści pojawiał się mężczyzna, który pomagał zamknąć historię.
Dzisiaj patrzę na to trochę inaczej. Nie dlatego, że nagle uważam księcia za zbędny element bajkowego wyposażenia. Wręcz przeciwnie. Jeśli już ma się pojawić książę, to niech będzie porządny. Ładny też może być. Nie mam z tym problemu. Zaczęło mnie natomiast zastanawiać coś innego.
Dlaczego przez tyle lat tak łatwo było nam uwierzyć, że szczęśliwe zakończenie musi przyjść z zewnątrz?
Że po wszystkich trudnościach ktoś powinien w końcu przyjechać, znaleźć nas i powiedzieć: teraz już będzie dobrze.
I jest jeszcze jedna rzecz, o której wcześniej w ogóle nie myślałam.
Kopciuszek poszedł na bal, ale tak naprawdę jego historia zaczyna się dopiero wtedy, kiedy książę go zauważa.
A co, gdyby nie zauważył?
Co, gdyby zatańczył z kimś innym, a Kopciuszek wrócił do domu, oddał suknię wróżce i następnego dnia poszedł do pracy?
Czy to oznaczałoby, że przegrał? Czy byłby mniej wart tylko dlatego, że nikt tego wieczoru go nie wybrał?
Oczywiście nie każda dziewczynka, która słuchała tej bajki, musiała wyciągnąć taki wniosek. Ale sama historia nie dawała jej zbyt wielu innych możliwości. Bo w tej opowieści trzeba było zostać zauważonym i wybranym. I dopiero wtedy można było dostać swoje „żyli długo i szczęśliwie”.
Na szczęście z czasem zaczęły się pojawiać też inne bohaterki. Merida nie zamierza pozwolić, żeby ktoś zdecydował, za kogo wyjdzie. Vaiana sama wsiada do łodzi i rusza ratować swoją wyspę. Roszpunka wychodzi z wieży i zaczyna decydować o własnym życiu. Elsa nie potrzebuje księcia, żeby odnaleźć siebie. A Mirabel próbuje ratować rodzinę, chociaż jako jedyna nie dostała żadnej magicznej mocy.
Książę nie był już konieczny, żeby opowieść mogła się skończyć dobrze.
I wtedy pomyślałam: a może naszemu Kopciuszkowi też dałoby się napisać nową historię?
Dawno, dawno temu żył sobie Kopciuszek. Nadal miał macochę, dwie przyrodnie siostry i zdecydowanie za dużo obowiązków. Tyle że tym razem nie siedział przy piecu i nie czekał, aż ktoś odmieni jego życie.
Pracował. Studiował. Miał własne pieniądze, własne plany i kartę do Zdrofit. Nie zawsze wszystko szło po jego myśli, ale trudno. Dorosłość najwyraźniej nie przewiduje wersji bez drobnych awarii. Miał też przyjaciółkę, z którą raz w tygodniu chodził na zakupy.
Czy był szczęśliwy?
Pewnie nie zawsze.
Ale kto jest?
Pewnego dnia dostał zaproszenie na bal. I tym razem też pojawiła się wróżka.
– Suknia, pantofelki i karoca – powiedziała.
– Suknię chętnie. Pantofelki też. Karocę sobie odpuśćmy. Wrócę Uberem.
Wróżka popatrzyła na niego, jakby pierwszy raz w życiu spotkała klienta, który nie chce pełnego pakietu.
– Ale przecież musisz pojechać na bal.
– Właśnie dlatego potrzebuję wygodnego transportu.
Kopciuszek założył suknię, spojrzał w lustro i uznał, że wygląda całkiem nieźle. A potem pojechał na bal. I tam spotkał księcia.
Tyle że książę wcale nie był nim zainteresowany.
Był za to bardzo zainteresowany sobą. Przez chwilę Kopciuszek próbował z nim rozmawiać, ale szybko doszedł do wniosku, że jeden taniec z zarozumiałym bucem w zupełności mu wystarczy. Dopił lampkę szampana, rozejrzał się po sali i uznał, że właściwie trochę się nudzi. Do północy było jeszcze daleko.
Kopciuszek zamówił Ubera i wrócił do domu.
I właściwie na tym mogłaby się skończyć ta bajka.
Tylko że… kto chciałby czytać taką bajkę? „Kopciuszek zamówił Ubera, wrócił do domu, umył zęby i poszedł spać”.
No bez przesady. To nie jest szczególnie atrakcyjne zakończenie.
Dziewczynka, która słucha tej historii, raczej nie westchnie z zachwytu: „Ale pięknie. Wrócił do domu i rano poszedł na pilates”.
Ona chce księcia. Chce sukni. Chce balu. Chce, żeby wydarzyło się coś niezwykłego.
I trudno jej się dziwić.
Bo bajka nie jest instrukcją obsługi zwyczajnego życia. Ma być trochę większa od niego. Ma być wróżka, która pojawia się nie wiadomo skąd, suknia, która zmienia wszystko, bal, na który nie miało się prawa trafić, i ktoś, kto nagle patrzy na nas inaczej niż wszyscy do tej pory.
No dobrze. To może jednak zostawmy tego księcia.
Tylko przeczytajmy tę historię jeszcze raz.
Bo kiedy byłam dzieckiem, widziałam w niej przede wszystkim biedną dziewczynę, która miała źle, a potem dostała księcia.
Dzisiaj widzę coś jeszcze.
Kopciuszek był traktowany jak pomiotło. Macocha i siostry zrobiły z niego posługacza, ale jakoś nie udało im się wmówić mu, że naprawdę jest nikim.
Kiedy dostał możliwość pójścia na bal, poszedł.
Nie po to, żeby znaleźć męża. Nie zabiegał o względy księcia. Nie kręcił się wokół niego, nie próbował zrobić na nim wrażenia. Po prostu znalazł się w miejscu, do którego wcześniej nie miał dostępu, i zachowywał się tak, jakby miał pełne prawo tam być.
A potem książę go zauważył. I to książę chciał go odnaleźć. Nie odwrotnie. Ruszył w drogę z pantofelkiem, odwiedzał kolejne domy i próbował znaleźć dziewczynę, z którą zatańczył.
Można więc spojrzeć na tę historię trochę inaczej.
Książę nie był nagrodą za cierpliwe znoszenie cierpienia. Był człowiekiem, który zobaczył kogoś wartościowego tam, gdzie inni widzieli tylko służącą. I właśnie dlatego nie trzeba dziś wyrzucać księcia z tej bajki. Wystarczy przestać uważać, że to on nadał Kopciuszkowi wartość.
Bo przecież on jej nie nadał. On ją zauważył. A to jednak nie to samo.
I chyba wiem już, dlaczego tak mnie ostatnio wzięło na te bajki. Z wiekiem zaczynamy czytać nie tylko książki, ale i własne życie trochę inaczej.
To, co kiedyś wydawało się oczywiste, wcale nie musi takie być. Czasem dopiero po latach widzimy, że nie wszystko zależy od tego, jak bardzo się staramy. Nie każdą historię da się zmienić własnym wysiłkiem.
Można za to przeczytać ją jeszcze raz.
Nie zmienić tego, co się wydarzyło. Nie dopisać sobie innego zakończenia. Tylko zobaczyć, że być może przez lata patrzyliśmy na tę historię oczami kogoś innego.
I chyba właśnie dlatego Kopciuszek tak się za mną ostatnio snuje.
Nie trzeba było pisać nowej bajki. Wystarczyło przeczytać tę starą jeszcze raz.







Witaj! Twoja opinia jest ważna.