Dzisiaj jest Dzień Chłopaka. Dzisiaj kończy się również mój wrześniowy challenge. I dzisiaj na blogu pojawia się 200. tekst.
Dwieście.
Patrzę na tę liczbę i mam trochę takie: „Serio?” Bo przecież dopiero co pisałam pierwszy. No dobrze. „Dopiero co” było trochę dawno temu. Ale jednak.
Pamiętam ten początek. Nie miałam planu na dwieście tekstów. Nie miałam żadnego planu. Chciałam pisać. Mieć swoje miejsce. Sprawdzać, dokąd mnie to pisanie zaprowadzi. I pisałam. Raz o czymś ważnym. Raz o czymś zupełnie niepoważnym. Innym razem z przekonaniem, że właśnie napisałam coś świetnego. A czasami z nadzieją, że może jutro pójdzie mi lepiej.
Aż przyszedł wrzesień i wymyśliłam sobie challenge. Codziennie tekst. Codziennie publikacja. Codziennie jakiś temat wyciągnięty z kalendarza.
I nagle okazało się, że codzienne pisanie ma zupełnie inną temperaturę niż pisanie wtedy, kiedy myśl sama się we mnie rozgości. Bo ja lubię, kiedy myśl trochę za mną chodzi. Pojawia się przy kawie. Wraca podczas spaceru. Wchodzi pod prysznic, choć absolutnie nie była zapraszana. I nagle któregoś dnia robi: „O! Już wiem”. A we wrześniu często było: „O matko. Co ja mam dzisiaj napisać?”
Pomysł. Pisanie. Korekta. Publikacja. Następny. Da się.
Tylko że właśnie przy tym codziennym pisaniu odkryłam coś, co jest chyba ważniejsze od samego challenge’u. Że potrafię nie zawsze oznacza chcę. Potrafię pisać codziennie. Już wiem. Tylko niekoniecznie chcę.
Chcę mieć czas, żeby tekst sobie poleżał. Żeby myśl zdążyła zmienić zdanie. Żeby następnego dnia przeczytać coś, co wczoraj wydawało mi się genialne, i powiedzieć: „Naprawdę chciałaś to zostawić?” Chcę czasami coś dopisać. Czasami wykreślić. A czasami przez pół dnia nie wiedzieć, o czym właściwie będzie tekst. I właśnie to lubię. Nie chcę produkować tekstów. Chcę je hodować.
Challenge więc się kończy. A ja wracam do swojego rytmu. Nie dlatego, że nie dałam rady. Właśnie dlatego, że dałam. I już wiem, że nie wszystko, co potrafimy, musimy robić bez końca. Bo każdy z nas ma jakieś swoje „codziennie”. Codziennie praca. Codziennie obowiązki. Codziennie coś, co kiedyś było próbą, a potem stało się normą. I czasami dopiero kiedy zmienimy rytm, zauważamy, że coś nam służy, a coś już niekoniecznie.
A przy okazji patrzę na 200. tekst. I myślę sobie: No proszę. Trochę się tego nazbierało. Są tam teksty, z których jestem dumna. I takie, które dzisiaj napisałabym inaczej. Ale wszystkie są moje.
I są tam też ludzie. Ci, którzy czytają. Ci, którzy coś napiszą. Ci, którzy zostawią reakcję. Ci, którzy tylko zajrzą. Czasami jedno zdanie od kogoś po drugiej stronie ekranu wystarczy, żeby pomyśleć: „Dobra. To piszemy dalej”. Więc dziękuję. 💛
A dzisiaj jest jeszcze Dzień Chłopaka. Rok temu też pisałam z tej okazji. Dla mojego Chłopaka. Tego z siwizną na włosach. Z historią zapisaną w spojrzeniu. Mojego męża. Napisałam wtedy: „Mój Chłopaku – dobrze, że jesteś”. Minął rok. I nic się tutaj nie zmieniło. Dobrze, że jesteś. ❤️
A wszystkim chłopakom życzę dzisiaj czegoś prostego. Żeby mieli obok siebie ludzi, przy których mogą się śmiać, milczeć, wygłupiać i czasami powiedzieć: „Nie wiem”. Żeby mogli próbować. Zmieniać zdanie. Zaczynać od nowa. I żeby nie musieli przez cały czas udowadniać, że ze wszystkim sobie poradzą. Czasami wystarczy, że jesteście.
Skoro już o tym mowa… Patrzę dzisiaj na te 200 tekstów i myślę, że może ja też powinnam sobie to powiedzieć. Dobrze, że jestem. Dobrze, że zaczęłam. Dobrze, że próbuję. Dobrze, że czasami nie wiem. Dobrze, że jeszcze chce mi się sprawdzać, dokąd mnie to wszystko zaprowadzi.
Dwusetny tekst. Koniec challenge’u. Pisać nadal będę. Tylko już w swoim rytmie. Trochę wolniej.
A teraz? Teraz chyba zrobię sobie kawę. Do zobaczenia przy 201. tekście.







Witaj! Twoja opinia jest ważna.