Dziś jest Międzynarodowy Dzień Świadomości o Stratach i Marnowaniu Żywności.
To całkiem dobry pretekst, żeby zajrzeć do lodówki. Nie będziemy jednak robić rachunku sumienia ani udawać, że nigdy nie wyrzuciliśmy zwiędłej sałaty, przeterminowanego jogurtu czy czegoś, co miało być wykorzystane „jutro”, a przeleżało w lodówce dwa tygodnie.
Nie będziemy też od razu robić chipsów z obierek po ziemniakach ani pesto z liści rzodkiewki. Bez przesady. Będą za to rzeczy, które naprawdę da się zjeść. A nawet, w niektórych przypadkach, z przyjemnością.
Bo czasem z obiadu zostaje trochę makaronu, kawałek sera, pół papryki, kilka pieczarek i coś, czego nie pamiętamy już dokładnie, do czego miało służyć. I właśnie wtedy zaczyna się „Kuchnia na winie”.
„Kuchnia na winie” to mała gra słów po polsku. „Na winie” oznacza „z winem”, a „co się nawinie” – cokolwiek się znajdzie albo cokolwiek mamy pod ręką.
Zasady są proste. Prawie. Zaglądamy do lodówki i sprawdzamy, co mamy. Pół papryki? Dobrze. Kilka pieczarek? Jeszcze lepiej. A jeśli znajdzie się coś więcej – resztka kurczaka, pomidor, jajko – proszę bardzo.
W „Kuchni na winie” nie zastanawiamy się, czy to do siebie pasuje. Zastanawiamy się, co z tego zrobić, żeby było dobre.
Po pierwsze: ser. Ser jest składnikiem strategicznym. Bez sera można zrobić wiele rzeczy. Ale są rzeczy, których bez sera zrobić się nie da. Nie pytajcie dlaczego. Po prostu trzeba.
Po drugie: coś zielonego. Natka pietruszki, szczypiorek, bazylia, rukola, kawałek sałaty. Cokolwiek. „Coś zielonego” ma niezwykłą właściwość: sprawia, że danie wygląda tak, jakby jego składniki zostały dobrane celowo. Jest to szczególnie przydatne, kiedy pięć minut wcześniej wrzuciliśmy do miski wszystko, co znaleźliśmy w lodówce.
Po trzecie: ketchup. Ketchup nie musi znaleźć się w daniu. Ketchup musi być na stole. Niektóre potrawy potrzebują sosu. Niektóre potrzebują tylko poczucia bezpieczeństwa.
Po czwarte: śmietana. Śmietana potrafi połączyć rzeczy, które chwilę wcześniej nie miały ze sobą nic wspólnego. Trochę jak dyplomata w lodówce.
A jeśli sytuacja wymaga większej stanowczości, zawsze zostaje ser.
Sałatka na winie
To chyba najprostszy przykład „Kuchni na winie”.
Bierzemy miskę. A potem wkładamy do niej to, co się nawinie. Sałata, pomidor, ogórek, papryka, kukurydza, oliwki, jajko, ser, kawałek kurczaka. Makaron z wczorajszego obiadu? Też. Ugotowane ziemniaki? Czemu nie. Warzywa, które zostały po kolacji? Jeszcze lepiej.
Sos też robimy bez przesadnej filozofii. Oliwa, coś kwaśnego, musztarda, przyprawy. Albo majonez. Kuchnia na winie nie zabrania zmieniania zdania.
Czasem jednak z resztek wychodzi coś bardziej konkretnego.
Fiu-bździu
Fiu-bździu to zapiekanka. Taka, która powstaje wtedy, kiedy otwieramy lodówkę i stwierdzamy: „Trzeba coś zrobić z tym, co zostało”. Makaron, ziemniaki, warzywa, mięso, ryż – co mamy, to wykorzystujemy. Możemy dodać trochę śmietany, doprawić i dorzucić coś jeszcze, jeśli akurat się nawinie.
A potem najważniejsze: ser. Dużo sera. Bez sera nie ma Fiu-bździu. Jest zapiekanka. A my przecież robimy Fiu-bździu.
Wszystko ląduje w naczyniu, przykrywamy serem, zapiekamy i gotowe. Jeśli po wyjęciu z piekarnika nie jesteśmy zadowoleni z wyglądu, dodajemy na wierzch coś zielonego. I oczywiście ketchup.
Czasem nie chce nam się nawet włączać piekarnika. Ale i na to mamy rozwiązanie.
Kanapka „na winie”.
Pieczywo, a potem złota zasada: to, co się nawinie.
Ser, szynka, jajko, pomidor, ogórek, pasta, resztki mięsa, awokado, które od kilku dni czeka na swoją wielką chwilę. Coś zielonego. Ketchup na stół. I można jeść.
A na deser: Ciasto winowajcy.
To specjalność mojego męża z czasów dzieciństwa. Kiedy jego rodzice szli na wywiadówkę, on piekł ciasto. Nie trzymał się żadnych proporcji. Właściwie nie jestem pewna, czy znał wtedy słowo „proporcje”. Najważniejsze były dodatki. Do ciasta trafiało to, co akurat było pod ręką: cukierki, herbatniki, żelki, płatki śniadaniowe. Im dziwniejsze połączenie, tym ciekawiej. Najważniejsze, że jakoś wychodziło. Nie wiem, czy rodzice bardziej bali się jego ocen, czy tego, co zastaną w kuchni po powrocie.
I tu dochodzimy do wina. Bo skoro jest „Kuchnia na winie”, wino musi mieć w niej swoje miejsce. Nie musi nawet trafiać do garnka. Wystarczy, że jest w pobliżu. Może być potrzebne do gotowania. Może być potrzebne do degustacji. A czasem może być potrzebne do podjęcia decyzji, czy z tego, co właśnie znaleźliśmy w lodówce, naprawdę powstanie sałatka. Wino nie jest więc składnikiem. Jest wyposażeniem kuchni.
Nie wszystko trzeba ratować. „Kuchnia na winie” też ma swoje granice. Nie każdy smutny liść sałaty zasługuje na drugie życie. Nie każda samotna marchewka musi zostać bohaterką obiadu. Niektóre rzeczy po prostu przegrały walkę z czasem. Trudno.
Ale jeśli mamy coś, co nadal jest dobre, tylko nie bardzo wiemy, co z tym zrobić, właśnie wtedy zaczyna się zabawa. Otwieramy lodówkę. Patrzymy. Kombinujemy. Dodajemy ser. Coś zielonego. Ketchup stawiamy na stole.
I wino… Wiadomo.😉







Witaj! Twoja opinia jest ważna.