2/3 challengu za mną. I chyba właśnie dotarłam do momentu, w którym kalendarz przestał mi pomagać. Dzisiaj jest między innymi Dzień Kapsla. Tak. Kapsla. Przez chwilę pomyślałam, że może być fajnie.
Właściwie mogłabym podejść do tematu naukowo. Kapsel jest przecież zamknięciem butelki, więc można sprawdzić, co właściwie pod nim siedzi. Zrobić badanie, porównać próbki, wyciągnąć wnioski. Tylko że wtedy musiałabym najpierw wypić kilka butelek w imię nauki. A to już byłby chyba zupełnie inny challenge.
Kapsel to również dzieciństwo, podwórko, jakieś wspomnienia. Gra w kapsle. Można coś z tego wyciągnąć.
Zaczęłam pisać. O torze narysowanym kredą na chodniku. O dzieciakach, z którymi na klęczkach pstrykaliśmy kapslami po wyznaczonej trasie.
Potem zaczęłam szukać w tym drugiego dna. Potem jeszcze jednego. Metafora życia. Wyścig. Wypadnięcie z toru. Plany. Cele. W końcu kapsel zaczął znaczyć chyba wszystko oprócz kapsla.
I wtedy pomyślałam: stop.
Bo przecież nie każdy temat musi być metaforą życia. Czasami kapsel jest po prostu kapslem.
Po dwudziestu dniach challengu zaczynam rozumieć, że codzienne pisanie nie polega na tym, że każdego dnia spływa na mnie natchnienie. Czasami temat przychodzi. Czasami trzeba go poszukać. A czasami człowiek siedzi nad kapslem przez pół dnia i próbuje wmówić sobie, że właśnie odkrył sens istnienia.
Nie odkrył. Odkrył kapsel.
Nie każdy tekst będzie olśnieniem. Nie każdy temat okaże się kopalnią. Czasem trzeba po prostu przyznać: dzisiaj kapsel mnie pokonał.
A jutro znów otworzę kalendarz.
I już trochę się boję.







Witaj! Twoja opinia jest ważna.